Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 28 stycznia 2014

Dyptyk petersburski Josif Brodski


Zeszyty Literackie Rok wydania 2003

Im niżej opada rtęć w termometrze, tym wygląd miasta staje się coraz bardziej fantastyczny. Dwadzieścia pięć stopni mrozu to już dość, ale temperatura nie przestaje się obniżać i jak gdyby uporawszy się z ludźmi, rzeką i budowlami, sięga teraz idei i pojęć abstrakcyjnych. Domy wzdłuż bulwaru, z płynącym nad ich dachami białym dymem, coraz bardziej przypominają zatrzymany pociąg: jego kierunek to wieczność. (str. 24)

W Petersburgu byłam tylko raz, nazywał się wówczas Leningradem, ja miałam pięć lat i miałam nieco ponad metr wzrostu. Niewiele zapamiętałam z kilku miesięcy pobytu, ale to co zapamiętałam to klimat miasta, który odnajduję w szkicu Brodskiego Przewodnik po przemianowanym mieście. Dla mnie były to wydrążone w śniegu tunele sięgające wysokości dorosłego człowieka, słońce iskrzące się w płatkach śniegu, skrzypienie pod butami i przejmujące zimno, które hartuje człowieka na długie lata. Pamiętam, że odbierałam je, jako piękne, bajkowe i trochę groźne miasto (z powodu monumentalności budowli). Te zamarznięte sople lodu, te piękne fontanny, to sprawiające wrażenie czystości miasto (dzięki bieli śniegu) robiło na dziecku wrażenie miasta z tysiąca i jednej nocy.
W Petersburgu wszystko może się zmienić prócz tutejszej pogody. I światła. To światło północne, blade i rozsiane; oko i pamięć nabierają w nim niezwykłej bystrości. (…) …chodzenie pod tym niebem. Po bulwarach z cynamonowego granitu, wzdłuż ogromnej szarej rzeki, już samo przez się poszerza życie i uczy dalekowzroczności. W ziarnistości granitowego bulwaru w pobliżu nieustannie płynącej wody jest coś, co nasyca stopy zmysłowym pragnieniem chodzenia. Wiatr znad morza, przesycony zapachem wodorostów, uleczył tu niemało serc przepełnionych kłamstwem, rozpaczą i poczuciem bezradności. Jeśli to sprzyja zniewoleniu, niewolnikowi można wybaczyć. W tym mieście jakoś łatwiej znieść samotność niż gdzie indziej, bo samo miasto jest samotne (str. 23)

Za czasów Piotra I ziściły się dążenia dynastii Romanowów; uzyskano dostęp do morza. Marzeniem cara, człowieka nie bojącego się wyzwań, wykształconego i otwartego na zachód, pozbawionego kompleksów niższości wobec Europy było wybudowanie miasta-portu; okna na Europę. Wyzwanie było tym trudniejsze, iż budowę należało przeprowadzić od podstaw, na podmokłym gruncie i na słabo zaludnionych terenach. Był władcą i to władcą absolutnym, więc wizja zbudowania miasta innego, niż dotąd istniejące, nie naśladującego, a stanowiącego wzór do naśladowania, potwierdzającego pozycję Rosji i nadającego ton Europie, zmieniła się w rzeczywistość. Cóż z tego, że wysokim kosztem, czy przyszłe pokolenia podziwiając pomniki przeszłości będą pamiętać o krzyżach na placu budowy.

"Kiedy tak się zdarza, że wizjoner jest w dodatku cesarzem, wówczas działa bez wszelkiej litości. Określenie metod, których używał Piotr, jako "przymusowe", byłoby zbyt delikatne. Opodatkował wszystko i wszystkich, chcąc zmusić swoich poddanych do podbijania nowych obszarów. Przy Piotrze poddani korony rosyjskiej mieli dość ograniczone możliwości: pobór do wojska albo odprawa na budowę Sankt-Petersburga, przy czym trudno orzec, co bardziej groziło śmiercią. Dziesiątki tysięcy poginęły bezimiennie w błotach newskiej delty, której wyspy zyskały sobie sławę nie lepszą niż współczesny Gułag. Z tą tylko różnicą, że w wieku osiemnastym wiedziałeś, że budujesz, i miałeś szansę, że otrzymasz ostatnie namaszczenie i drewniany krzyż na mogile. Zapewne Piotr nie mógł w inny sposób wykonać swojego planu. (….) Powszechne podporządkowanie wszystkiego i wszystkich, o które starał się Jeździec Spiżowy, zrodziło rosyjski totalitaryzm, którego owoce smakują niektórym lepiej niż nasiona. Masy wymagały decyzji na skalę masową, a Piotr ze względu na swoje wykształcenie i ze względu na historię Rosji nie był zdolny do niczego innego. Traktował ludzi zupełnie tak samo, jak ziemię, na której wznosił swoją przyszłą stolicę. (…)To miasto rzeczywiście wznosi się na kościach swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. (str. 8-9)

Petersburg, zaplanowany, jako nowy Amsterdam, dziś nazywany jest Wenecją północy. To zapewne wszechobecność wody spowodowała, iż tak ważne miejsce w sercu poety zajęła potem Wenecja, tutaj powracał wielokrotnie, co znamienne wyłącznie zimą i tutaj spoczął (Znak wodny).

Dwadzieścia kilometrów biegu Newy w obrębie miasta, dzielącej się w samym jego środku na dwadzieścia pięć wielkich i małych odnóg, stwarza mu takie wodne lustro, że narcyzm staje się czymś nieuniknionym. Odbijając się co sekundę w tysiącach metrów kwadratowych płynnego srebrnego amalgamatu, miasto jak gdyby dosłownie jest stale fotografowane przez rzekę, a tak zdjęty metraż wpada do Zatoki Fińskiej, która w słoneczny dzień wygląda jak zbiornica tych oślepiających fotografii. Nic dziwnego, że niekiedy miasto sprawia wrażenie skrajnego egoisty, zajętego wyłącznie swoją własną powierzchownością. Z pewnością w takich miejscach bardziej zwraca się uwagę na fasady niż na wygląd sobie podobnych. Niewyczerpane, przyprawiające o zawrót głowy mnóstwo odbić tych pilastrów, kolumnad i portyków wskazuje naturę tego kamiennego narcyzmu, nasuwa myśl, że, przynajmniej w świecie nieożywionym, można traktować wodę jak skondensowany Czas.(str.12-13)
Kiedy Petersburg, jako kolebkę rewolucji przemianowano na Leningrad stał się on na szczęście pustą jej kolebką.

Wojna domowa szalała wokół niego i w całym kraju, straszliwe pęknięcie podzieliło naród na dwa wrogie obozy; ale tu nad brzegami Newy, po raz pierwszy od wieków, panował spokój, a trawa wyrastała ze szpar między płytami trotuarów i kamieniami bruku opustoszałych placów. Głód robił swoje, a razem z nim Czeka (dziewicza nazwa KGB), ale poza tym miasto zostało pozostawione samo sobie i swoim widziadłom. Jak długo kraj ze stolicą przywróconą w Moskwie staczał się ku przyrodzonemu sobie klaustro- i ksenofobicznemu stanowi, Petersburg nie mając gdzie się podziać, trwał nieruchomo w swoim kształcie miasta dziewiętnastowiecznego zupełnie jak gdyby pozował do fotografii. (str. 22)
Jedyną zmianą było wybudowanie na przemysłowych przedmieściach nowych budowli oraz polityka mieszkaniowa nakazująca do mieszkań ludzi bogatych dokwaterowywać biedotę. Znak wodny Brodskiego uznałam za najpiękniejszy obraz Wenecji, Przewodnik po przemianowanym mieście to portret miasta, który w sercach tych, którzy kiedykolwiek odwiedzili miasto wzbudzi nostalgię i chęć powrotu, zaś u tych, którzy nigdy tam nie byli zrodzi marzenie odbycia choćby krótkiego spaceru nad Newą.
Moje blogowe koleżanki pisząc (tutaj Imani i tu Kaye) o Dyptyku petersburskim oddały głos poecie ograniczając pisanie do zacytowanych fragmentów eseju. Myślę, że miały rację.

Nie potrafię napisać o swoich wrażeniach tak esencjonalnie i tak harmonijnie, zachowując proporcje w oddaniu odczuć zmysłowych i nie popadając w przesadę, jak czyni to Brodski pisząc o swoim mieście. Trudno wyobrazić sobie, jak na zaledwie dwudziestu paru stronach można napisać tyle o charakterze miasta, jego historii, klimacie, literaturze ("literatura rosyjska zrodziła się nad brzegami Newy" pisze Brodski), jak wyrazić tyle uczuć; tkliwości, miłości, ciepła, podziwu. I podobnie, jak w Znaku wodnym i tutaj zachwycam się prostotą i pięknem języka (ukłony w stronę tłumacza Pawła Hertza) oraz umiejętnością przekazania prozaicznej rzeczywistości w sposób poetycki i chwytający za serce.

W skład wydanego przez Zeszyty Literackiego Dyptyku petersburskiego wchodzi także esej W półtora pokoju. Jest to hołd złożony najbliższym; pełen uczucia obraz rodziców, których zmuszony był zostawić samych w półtorej pokoju, rodziców, którym nie mógł towarzyszyć w starości, chorobie, których nie dane mu było pożegnać. Próba ocalenia pamięci o przeszłości, gestów, spojrzeń, wypowiedzianych lata temu słów, zachowań, mimiki twarzy, zapamiętanych przedmiotów, zawsze wzrusza, a kiedy jest ona tak udana, jak w tym przypadku, mogę jedynie pochylić czoło przed umiejętnościami pisarza i wrażliwością człowieka.

Każde dziecko, choć w różnym stopniu, łaknie dorosłości i nie może doczekać się, kiedy w końcu opuści dom- to gniazdo, to więzienie. Wyrwać się! Ku prawdziwemu życiu! Ku szerokiemu światu. Ku samodzielności. To życzenie spełnia się w końcu. I przez jakiś czas istnieją tylko nowe horyzonty, absorbujące budowanie własnego gniazda, urządzanie własnej rzeczywistości. Potem pewnego dnia, gdy człowiek opanuje już nową rzeczywistość i osiągnie samodzielność, raptem przychodzi wiadomość, że stare gniazdo zniknęło, a ci którym zawdzięcza życie, umarli. Tego dnia czuje się jak skutek nagle pozbawiony przyczyny. Strata jest tak ogromna, że aż niezrozumiała. Umysł, spustoszony przez cios, doznaje skurczu, co jeszcze bardziej potęguje klęskę. Pojmujemy, że młodzieńczą pogonią za samodzielnością, ucieczką z gniazda, uczyniliśmy się bezbronnymi. Źle się stało, ale możemy obarczać winą naturalny porządek rzeczy. (str.51).

Kiedy czytam o rodzicach Josifa to wydaje mi się, że widzę ich na tej ograniczonej przestrzeni, tak bezbronnych w swym osamotnieniu,  pogodzonych z losem, którego nie mogą i nie chcą zmienić. 

Lubili operowe arie, tenory i gwiazdy filmowe czasów swojej młodości. Malarstwo nie interesowało ich zbytnio, mieli pojęcie o sztuce „klasycznej”, lubili rozwiązywać krzyżówki i byli zakłopotani i zaniepokojeni moimi próbami literackimi. Uważali, że postępuję niesłusznie, martwili się moją sytuacją, ale popierali mnie w miarę swoich możliwości, gdyż byłem ich dzieckiem. Później, gdy udało mi się tu i tam coś wydrukować, byli zadowoleni, a nawet dumni; ale wiem, że gdybym okazał się zwyczajnym grafomanem i próby moje zakończyły się niepowodzeniem, ich stosunek do mnie byłby taki sam. Kochali mnie bardziej niż siebie samego i prawdopodobnie w ogóle by nie zrozumieli mojego poczucia winy w stosunku do nich. Najważniejsze, że był chleb na stole, czysta odzież i dobre zdrowie. To były dla nich synonimy miłości, i lepsze były one niż moje. (str. 72-73)

                                                                              Źródło zdjęcia

Gdybym miała porównać Dyptyk ze Znakiem wodnym postawiłabym między nimi znak równości, oba są napisane pięknym językiem, pełne poezji, są wyrazem wrażliwości i umiejętności ich twórcy.

Moja ocena - oczywiście nie może być inna, jak 6/6. 


niedziela, 26 stycznia 2014

Dziennik Anny Frank


Nigdy nie uwierzę, że wojna jest dziełem jedynie wielkich ludzi, rządu i kapitalistów. O nie, mały człowiek robi to równie chętnie, inaczej narody już dawno by się przeciw temu zbuntowały! W ludziach jest teraz żądza niszczenia, żądza zabijania, mordowania i wściekłości, i tak długo, jak cała ludzkość, bez wyjątku, nie przejdzie wielkiej metamorfozy, wojna będzie szaleć, wszystko, co zostało zbudowane, zasadzone i co urosło, zostanie ścięte i zniszczone, żeby potem zacząć od nowa! 
Z Dziennika Anny 03.05.1944 r.
Dziennik jest zbiorem listów żydowskiej dziewczynki do fikcyjnej przyjaciółki, listów pisanych w okresie ponad dwóch lat okupacyjnej zawieruchy. Mieszkającą w Amsterdamie trzynastoletnią Annę poznajemy, jako podlotka, którego zainteresowania nie odbiegają od zainteresowań dziewcząt w tym wieku. Co prawda Europa już od prawie trzech lat pogrążona jest w mroku wojny, a sama Holandia znajduje się podobnie pod niemiecką okupacją, Żydzi są prześladowani i zamykani w obozach koncentracyjnych, ale Anna ze wszystkich sił, podobnie, jak jej rówieśnicy koncentruje się na codziennych przyjemnościach. O wiele większe znaczenie mają dla niej flirty, rozmowy z koleżankami, prezenty otrzymane na urodziny, niż ruchy wojsk na froncie, a największą niedogodnością staje się zakaz korzystania przez Żydów ze środków komunikacji miejskiej i konieczność przemierzania miasta per pedes.
Początkowe zapisy Dziennika są bardzo infantylne i szczerze mówiąc mało interesujące dla dorosłego czytelnika. Ot, zwykła paplanina podlotka, na temat złośliwości koleżanek, powodzenia u chłopców, nieporozumień z mamą i to pisana niewprawnym piórem trzynastolatki. Jednak z czasem, kiedy Anna wraz z rodzicami, siostrą Margot oraz małżeństwem Vaan Daanów z synem Peterem (Pelsów) i panem Dusselem (Pfefferem) zmuszeni są ukrywać się na zapleczu biura Opekty (zakładu produkującego dżemy) listy do Kitty stają się bezcennym materiałem dokumentalnym. Zapis życia ośmiorga osób na zamkniętej przestrzeni poddasza kamienicy pozwala nie tylko zrozumieć koszmar takiej egzystencji, ale i śledzić szybkie dojrzewanie autorki listów. Pierwsze zapiski z Oficyny, jak nazywa Anna swoje nowe lokum sprawiają wrażenie, jakby ukrywający się złapali Pana Boga za nogi. Jest tu dość dużo miejsca, nie brakuje jedzenia, opiekujący się nimi Holendrzy często ich odwiedzają, niemal wszyscy pracownicy zakładu są wtajemniczeni, a popołudniami można swobodnie korzystać ze znajdujących się na dole pomieszczeń. Każdy ma swoje obowiązki, dorośli pracują, młodzież się uczy, czytają książki, słuchają radia, grają w gry planszowe. Z czasem jednak wspólne przebywanie w zamkniętej przestrzeni zaczyna rodzić konflikty, atmosfera staje się napięta, wybuchają kłótnie i awantury, a potęgują je pogarszające się warunki bytowania, jedzenie staje się monotonne i jest go coraz mniej, nie wymieniane ubrania stają się zniszczonymi łachmanami, pojawiają się insekty, a warunki sanitarne wołają o pomstę do nieba, opiekunowie zaczynają chorować, w zakładzie na dole pojawiają się obcy, radio należy oddać, coraz częstsze stają się włamania do mieszkań (zakład kilkakrotnie pada łupem złodziei, co powoduje dodatkowe zagrożenie przybyciem policji), w końcu dochodzą do tego bombardowania aliantów.
Anna pisząc o tym wszystkim bardziej koncentruje się na odczuciach i poczuciu samotności (wiele razy pisze, iż jest teraz bardziej samotna na tej ograniczonej, zamkniętej przestrzeni, gdzie nie może pozwolić sobie na luksus intymności i zamknięcia się w świecie wewnętrznym, niż była dawniej przed okresem ukrywania się. Nie wydaje się to do końca prawdą, gdyż już w jednym z pierwszych listów Anna pisze do Kitty, iż wykreowała ją z powodu osamotnienia i niezrozumienia). Sporo miejsca poświęca także napiętym stosunkom z matką, z którą się nie rozumieją. Padają tu okrutne słowa pod adresem rodzicielki, zarówno te wypowiedziane, czy wykrzyczane, jak i te przemilczane, a powierzone Dziennikowi. Słowa te musiały mocno boleć i matkę i samą autorkę, z czasem zaczyna się ich wstydzić, aczkolwiek jej stosunek do matki nie ulegnie zmianie. Anna jest szczera w swoich wynurzeniach, a ta szczerość i okrucieństwo jej sądów na temat współlokatorów były powodem, dla których jej ojciec, Otto Frank (jedyny, który przeżył piekło wojny) długo zastanawiał się, czy opublikować Dziennik córki z uwagi na pamięć pomordowanych. Anna bardzo ciepło pisze o ojcu, uważa go za najlepszego człowieka na świecie i ogromnie go kocha, a jednak i on zawodzi jej zaufanie i nie dorasta wyobrażeniom dziewczyny i między nimi w końcowym okresie ukrywania narasta konflikt. Pyta się swoje wyimaginowanej przyjaciółki:
Może Ty mi powiesz, jak to się dzieje, że wszyscy ludzie tak ukrywają swoje wnętrze? Jak to się dzieje, że w towarzystwie zachowuję się zupełnie inaczej, niż powinnam się zachowywać? Dlaczego jeden drugiemu tak mało ufa? Wiem, na pewno istnieje ku temu jakiś powód, ale czasami uważam, że to okropne, że wszędzie, nawet u ludzi, którzy ci są najbliżsi, znajduje się tak mało ufności. 22.01.1944 r.
Moim zdaniem największą wartością Dziennika jest ich autentyczność; ukazanie zdarzeń i ludzi, takimi, jakimi byli bądź takimi, jakimi widziała ich Anna. Nawet, jeśli osądzała ich zbyt surowo, do czego sama się przyznawała, to opisała ich w sposób, który pozwala czytelnikowi na wyrobienie sobie opinii, iż byli to zwykli ludzie z ich wadami i przywarami, kompleksami i śmiesznostkami, bywali irytujący, złośliwi, malutcy, a jednocześnie byli to ludzie postawieni przed okrutnym brakiem wyboru, ludzie z góry skazani, na strach i na zagładę.
W takim nienormalnym czasie każdy stara się ratować, jak umie, Anna ratuje się uciekaniem w świat wewnętrzny, świat literatury, sztuki, rozmyślań, stara się zmarginalizować świat wojny, szuka w sobie szczęścia i radości wbrew całej otaczającej ją rzeczywistości.
Tak samo, jak Ty tęsknię do wolności i powietrza, ale sądzę, że za te niedostatki dostaliśmy odszkodowanie już w nadmiarze. Mam na myśli odszkodowanie wewnętrzne. Gdy siedziałam dziś rano przed oknem i patrzyłam na zewnątrz, a właściwie przyglądałam się prosto i uważnie Bogu i naturze, byłam szczęśliwa. I Peterze, jak długo ma się to uczucie wewnętrznego szczęścia, szczęścia z powodu przyrody, zdrowia i jeszcze wielu, wielu innych rzeczy, jak długo nosi się je w sobie, tak długo będzie się wciąż na nowo stawać szczęśliwym. Bogactwo, poważanie, wszystko można stracić, ale uczucie szczęścia we własnym sercu może najwyżej zostać przysłonięte i zawsze, póki się żyje będzie cię ono zawsze czynić szczęśliwym. Z listu do Petera (syna Van Daanów) 23.02.1944r.
W każdym zmartwieniu jest iskierka czegoś pięknego, kiedy się na to patrzy, zauważa się coraz więcej radości i samemu wraca do równowagi. 07.03.1944 r.  
Zadziwiła mnie także dojrzałość przemyśleń Anny na temat otaczającego ją świata w zetknięciu z pewną niedojrzałością i niecierpliwością w ocenach najbliższych.
Nie mogę sobie w ogóle wyobrazić, że świat znowu kiedyś stanie się dla nas zwyczajny. Mówię o „po wojnie”, ale to jest tak, jakbym mówiła o zamkach na lodzie, o czymś, co nigdy nie może stać się rzeczywistością. Widzę naszą Ósemkę razem z Oficyną, jakbyśmy byli kawałkiem błękitnego nieba, otoczonymi czarnymi, czarnymi chmurami deszczowymi. Okrągła wydzielona plamka, na której stoimy, jest jeszcze bezpieczna, ale chmury przysuwają się do nas bliżej i bliżej i pierścień, który dzieli nas od zbliżającego się niebezpieczeństwa zaciska się coraz bardziej. Teraz jesteśmy już tak bardzo otoczeni niebezpieczeństwem i ciemnością, że w rozpaczy nie wiedząc, gdzie szukać ratunku, potykamy się o siebie nawzajem. Patrzymy wszyscy w dół, gdzie ludzie walczą ze sobą, patrzymy wszyscy w górę, gdzie jest spokojnie i ładnie, a tymczasem zostajemy odcięci przez ciemną masę, która nie pozwala nam dostać się ani na dół, ani na górę, stojącą przed nami niczym nieprzenikniony mur, który chce nas zmiażdżyć, ale jeszcze nie może. 8.11.1943 r.
A niedowierzanie w powrót normalności miesza się z nadzieją.
Zupełnie niemożliwe jest dla mnie budowanie wszystkiego na bazie śmierci, nędzy i zamieszania. Widzę, jak świat powoli, coraz bardziej zostaje przeobrażony w pustynię, coraz bardziej słyszę nadciągający grom, który i nas uśmierci, współczuję milionom ludzi w ich cierpieniu, a jednak, kiedy spoglądam na niebo, myślę, że to wszystko obróci się znowu na dobre, że i te potworności ustaną, że na świecie znowu nastaną spokój i pokój. 15.07.1944 r. 
Jako przedstawicielka pierwszego pokolenia, które szczęśliwie uniknęło koszmaru europejskiej wojny chciałabym podzielać optymizm Anny i wierzyć w to, że ten względny pokój i spokój, jaki nastał potrwa jeszcze długi czas. 
Lektura jest wynikiem odwiedzin w Domu Anny Frank.
 Dom Anny Frank (w trzeciej od prawej strony kamieniczce - tej z zaciemnionymi na czarno oknami, ukrywało się ponad dwa lata osiem osób; pięcioro dorosłych i troje nastolatków).

sobota, 25 stycznia 2014

To ja byłem Vermeerem Frank Wynne



Podtytuł książki brzmi Narodziny i upadek największego fałszerza XX wieku (Hana van Meegerena).

Przed obrazem Mony Lisy w Luwrze zawsze tłoczą się tłumy. Ilekroć jestem w pobliżu zastanawia mnie, ile z tych osób ma świadomość, że stoi przed kopią  (w związku zapytaniem i wątpliwością wyrażoną przez dwie czytelniczki została zachwiana moja pewność, co do tego, że oglądana w Luwrze Mona Lisa jest kopią, co wyraziłam w odpowiedzi na zapytanie Marty pod tekstem. Gdyby ktoś posiadał na ten temat informacje to proszę o podzielenie się nimi w komentarzu) najbardziej znanego obrazu na świecie i w jaki sposób świadomość tego faktu wpłynęłaby na odbiór dzieła. Czy wtedy równie mocno zachwycano by się tajemniczym uśmiechem Giocondy? - nie wiem. Sama oglądałam go mając już wiedzę na jego temat. Nie zrobiło ono na mnie większego wrażenie, ale też nigdy Mona Lisa nie należała do moich ulubionych dzieł Leonardo da Vinci. Inaczej sprawa wyglądała z Dawidem Michała Anioła, kiedy obejrzałam oryginał w Galleria dell Accademia niemal natychmiast stwierdziłam, że  wywołuje on we mnie o wiele silniejsze emocje niż ten na Piazza Signoria. Czy, gdyby nie wiedza na temat autentyczności wrażenia byłyby identyczne. No więc jak to jest z tym naszym odbiorem sztuki. Czy podoba nam się ono, bo zostało uznane za autentyk, czy podoba nam się, bo uznane przez znawców za wybitne, czy podoba nam się, bo porusza w nas jakieś czułe struny?

O tym między innymi jest ta książka. O tym, jak uznanie dzieła za autentyk zmienia opinię na jego temat i przede wszystkim zmienia jego wartość w sensie wymiernym (materialnym). W zależności od ekspertyzy znawców dzieło warte wczoraj zaledwie obiadu jego twórcy może być dziś warte miliony, aby jutro spaść do wartości ram. Wieczerza w Emaus, falsyfikat Van Meegeren, początkowo ogłoszona najwspanialszym dziełem Vermeera, po poddaniu ekspertyzom zyskuje miano nieciekawego i nieudolnego naśladownictwa.

Han van Meegeren, zwany najsłynniejszym fałszerzem wszech czasów, a na pewno najbardziej znanym twórcą fałszywych Vermeerów wywiódł w pole najbardziej poważanych znawców sztuki. W akcie odwetu za nieuznanie jego malarstwa postanowił udowodnić, iż jego obrazy zdobić będą ściany największych galerii świata (cóż z tego, że nie pod własnym nazwiskiem). Chciał w ten sposób wykazać, jak niewiele znaczą opinie krytyków sztuki, którzy uznają dzieło za wartościowe nie z powodu jego wartości, ale z powodu uznanego już (po latach) nazwiska jego twórcy. Czy mu się to udało? Moim zdaniem tak. Jakkolwiek dzisiaj się ocenia jego obrazy, to w momencie powstania uznane zostały za genialne, ponieważ przypisano ich autorstwo uznanym geniuszom przeszłości. Kiedy po latach, gdy jego Vermeery zdobiły ściany takich galerii jak Rijksmuseum w Amsterdamie czy Boijmans – van Mueum w Rotterdamie, wybuchł skandal związany z wyznaniem ich twórcy - krytycy byli w szoku. Wyznanie to sprawiło, iż świat sztuki zawrzał i podzielił się na tych, którzy od razu dostrzegli fałszerstwo i tych, którzy zarzucili Hanowi oszczerstwo. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, iż ludzie wierzą w to, w co chcą uwierzyć. No bo jak inaczej wytłumaczyć stanowisko tych, którzy mimo szeregu badań empirycznych (badanie promieniami rentgena, badanie na obecność węgla aktywnego, potwierdzenie się zeznań malarza, co kryje się pod powierzchnią farby, a także namalowanie w obecności świadków kolejnego Vermeera) nie przyjmują do wiadomości smutnej prawdy, iż to nie odnaleziona cudem po latach spuścizna siedemnastowiecznego malarza, a wynik doskonałego warsztatu fałszerza.

To ja byłem Vermeerem to także wspaniale zbeletryzowana biografia człowieka, który miał nieszczęście urodzić się kilka stuleci za późno. Han van Meegeren urodził się pod koniec dziewiętnastego wieku, w czasach, kiedy klasyczne malarstwo odchodziło do lamusa, postimpresjonizm zmierzał ku schyłkowi, a królowały kubizm, dadaizm i inne nowoczesne trendy. Meegeren wielbił malarstwo w wydaniu dawno nie żyjących twórców i chciał uznania, jako malarz, który maluje w podobny sposób, jak szesnasto czy siedemnastowieczni mistrzowie. Został wyśmiany z powodu swej staroświeckości.
Postanowił udowodnić, jak bardzo fałszywym i niesprawiedliwym ocenom poddano jego umiejętności i namalować obraz dawno nieżyjącego malarza. Początkowo miał to być obraz będący inną wersją znanego dzieła, po czasie zaczął malować nowe obrazy w stylu wybranego malarza. Wybór padł na  Vermeera, bowiem po pierwsze podziwiał go i bardzo lubił, po drugie był to malarz, o którym wiedziano bardzo niewiele, a którego spuścizna była mało znana, po trzecie żył bardzo znany i szanowany krytyk, którego pragnieniem (a nawet celem życia) było odkrycie nieznanego obrazu tego twórcy (do dzisiaj wielu poszukiwaczy i krytyków sztuki ma taką nadzieję i do dzisiaj wielu się spiera o autentyczność niektórych jego obrazów). Han van Meegeren dzięki gruntownym studiom potrafił odtworzyć nie tylko styl malarza, ale także rodzaj używanych farb, płócien, olejów, laserunków, a nawet potrafił „postarzyć” obraz o jakieś trzysta lat, czyli uzyskać odpowiednią krakelurę (sprawić, aby jego powierzchnia miała odpowiednią siateczkę pęknięć na powierzchni farby). Drobiazgowy i szczegółowy opis techniki fałszerstwa w powiązaniu z opisem bujnego i pełnego przygód życia malarza sprawiają, iż lektura jest niezwykle wciągająca i ciekawa. To ja byłem Vermeerem to też opowieść o człowieku; zachłannym, dumnym, pełnym pychy i nieumiarkowania. Czytelnik dowiaduje się wielu ciekawostek, a jednocześnie z zainteresowaniem śledzi niezwykłe losy Hana. Z wyszydzonego malarza przeradza się dzięki talentowi, wiedzy, umiejętnościom i pewnej dozie szczęścia w niezwykle bogatego człowieka, pędzącego pracowite a zarazem próżniacze życie. Miesiące malowania przeplatane były wypadami do modnych kurortów, przelotnymi przygodami miłosnymi, hazardem, rozpustą i rozrzutnością. W końcu zostaje osadzony w więziennej celi za sprzedaż narodowego skarbu (dzieła Vermeera) marszałkowi Trzeciej Rzeszy, za co grozi mu kara śmierci.

Akcja powieści toczy się częściowo w Amsterdamie, co było dla mnie dodatkowym atutem w związku z niedawną podróżą do tego pięknego miasta. 


Znawcy twierdzą, iż do dzisiaj na ścianach największych galerii świata wisi mnóstwo falsyfikatów. Theodore Rousseau powiedział: "powinniśmy sobie uświadomić, że możemy mówić jedynie o złych falsyfikatach, tych, które wyśledziliśmy; dobre wciąż wiszą na ścianach"."
Książkę gorąco polecam. W ocenie jej waham się pomiędzy 4,5/6 a 5/6.
Zdjęcia nr 1 Czytająca nuty Meegerena, 2. Czytająca list Vermeeera, 3. Proces Meegerena na sali pełnej jego obrazów, 4. Meegeren przy malowaniu Młodego Chrystusa nauczającego w świątyni

A nawiązując do wyrażonej wcześniej wątpliwości, czy podoba nam się coś, co zostało uznane za autentyk i za wybitne dzieło, czy też podoba się, bo trafia w nasz gust, to chcę wierzyć, że nie ulegam sugestiom, kiedy czuję żywsze bicie serca we florenckiej Galerii niż na florenckim Placu.

środa, 15 stycznia 2014

Amsterdam na święta- część 2


W poprzedniej części zakończyłam wigilijny poranek wizytą w Rijskmuseum, której puentą była filiżanka gorącej czekolady w pobliskiej kawiarence z bonusem na widok Zimowego pejzażu z łyżwiarzami. Pokrzepiona na duszy i ciele udaję się na kiermasz kwiatowy, gdzie wzrok sycę niezliczoną ilością kwiatów i ich cebulek, aby stamtąd dojść na Świąteczny Jarmark na ulicy Damrak łączącej Dworzec Centralny z Placem Dam. Drewniane stoiska prezentujące regionalne wyroby z różnych części Europy kuszą swą zawartością; ciasteczka, czekoladki, owoce w czekoladzie, sery, wędliny, suszone pomidory, ryby, sushi, paelle, zupy, gorące kiełbaski, świąteczne dekoracje, tulipanowe cebulki, wełniane czapki, szaliki i swetry to tylko część bogatego i przyciągającego (nie tylko wzrok) asortymentu. Idę, obserwuję i częstuję się wystawionymi do spróbowania serami i kawałkami ciasta. Udziela mi się nastrój radosnego oczekiwania.
Co prawda nie wiem, czy ci ludzie dookoła mnie też czekają na święta, ale na pewno są radośni i zadowoleni, nie widzę pośpiechu, zmęczenia i stresu, jaki nieodłącznie kojarzy mi się z polską wigilią i ze świętami w kraju. Kiedy zaczyna się zmierzchać kolorowe, migające lampki ozdabiające budynki mieszkań, domów handlowych, straganów i drzew stają się bardziej wyraziste (świecą się od rana), a atmosfera robi się jeszcze bardziej radosna (zdjęcia nr 1 i 2). Towarzysząca temu wszystkiemu muzyka, która zwykle drażni mnie swoją nachalnością, tutaj sprawia wrażenie jak najbardziej na miejscu, może dlatego, że nie przeszkadza, nie zagłusza, stanowi jedynie tło tego zimowego (choć bez zimy) pejzażu.
Kolację wigilijną organizuję w trakcie piętnastominutowych zakupów w pobliskim markecie, gdzie udaje mi się kupić śledzia i keksa (makowca kupiłam już na jarmarku), wino i parę delikatesów na świąteczne ucztowanie. Dołączając do tego czerwony barszczyk i paszteciki z grzybami (z kraju) mam „prawie” polską wigilię, którą spożywam słuchając i nucąc kolęd przy zapalonej (dla nastroju) świeczce. Jak niewiele potrzeba, aby poczuć nastrój świąt. A może to mnie tak niewiele potrzeba. Nie szukam prezentów pod choinką, bo już sam pobyt tu i teraz jest jednym wielkim prezentem.

Boże Narodzenie rozpoczynam od wizyty u Van Gogha, wizyty, która jest najważniejszym punktem programu i przynosi niełatwe do wypowiedzenia emocje. Trzeba mieć talent Herberta lub co najmniej Karpińskiego, aby tak pięknie pisać o wzruszeniu, w jakie wprawia oglądanie obrazów, które w umyśle istnieją od dawna. Zwiedzanie muzeów poświęconych jednemu twórcy daje nieporównywalną ze zbiorami innych muzeów okazję do skoncentrowania się na twórczości jednego artysty, a tym samym do pełniejszego jej poznania - nie w sensie ilości, choć ta gra tu niebagatelne znaczenie, ale raczej głębi przeżyć. Oglądałam już obrazy Van Gogha w Paryżu i w Londynie, ale z taką ilością Van Goghów (ponad dwieście obrazów, kilkadziesiąt rysunków, szkiców, listy do brata, akcesoria malarskie) i z taką ilością dzieł jednego malarza w ogóle spotykam się po raz pierwszy. Jakkolwiek wiele obrazów jest mi doskonale znanych z licznych reprodukcji, wiele oglądałam wcześniej w postaci lepszych lub gorszych odbić rzeczywistości; w różnych formatach, odcieniach, kopiach, czy fragmentach to zawsze oglądanie oryginałów sprawia wrażenie osobistego kontaktu z twórcą, mogę dotknąć wzrokiem każdy z obrazów (wiele obrazów), przenieść się w jego (obrazu) wnętrze usiłując jednocześnie poznać lepiej wnętrze (myśli) artysty.                                                                                                  
 
Patrząc na obrazy sadu Van Gogha (zdjęcie przy poprzednim poście), Słoneczników, Drzewa migdałowca (zdjęcie nr 3) czy Żółtego Domku słyszy się szelest liści, śpiew ptaków, brzęczenie pszczół, czuje na twarzy słońce. Oglądanie tych (takich) obrazów daje wytchnienie po ciężkim dniu, a w pogodny słoneczny poranek wprawia w błogostan. Świadomość takiego odbioru sztuki sprawiłaby radość Vincentowi o wiele większą niż milionowe ceny jego obrazów osiągane na paryskiej czy londyńskiej aukcji. Stanowią one zresztą ironiczny komentarz do biografii i przywołują na myśl film Roberta Altmana Vincent i Theo. Film zaczyna się sceną licytacji obrazu Vincenta (podniecenie, hazard, żądza posiadania w oczach „miłośników sztuki” i rosnące wciąż cyfry coraz większe, coraz bardziej niewyobrażalne, coraz bardziej horrendalne, dziennikarze, media, sensacja). Kolejne sceny przenoszą do nędznych pokoi, w których Vincent cierpiąc głód, choroby, niedostatki, niezrozumienie i samotność maluje obraz za obrazem, i w których nie udaje mu się sprzedać ani jednego (albo co najwyżej jeden z nich).

W Fajce Van Gogha Wojciech Karpiński opisuje, iż zbiory Muzeum składają się z ekspozycji stałej oraz ekspozycji, którą można by nazwać czasową, bowiem z uwagi na  wielkość zbiorów nie ma możliwości jej prezentacji w całości. Z tego powodu każda wizyta w muzeum odbywana w pewnym przeciągu czasowym pozwala na nowe odkrycia. Ponadto ekspozycja stała też co jakiś okres czasu zmienia umiejscowienie obrazów, co daje pole do nowych przemyśleń, skojarzeń, porównań. Dla przykładu trzy obrazy sadów zaprezentowane w poprzednim wpisie wiszące obok siebie i tworzące pewien cykl nie zawsze wisiały w takiej właśnie konfiguracji, podobnie, jak będące wersją Pokoju malarza dwa obrazy - zdjęcie nr 4 i 5 (mogące dziś stanowić ilustrację znanej zabawy w znajdowanie różnic).

Jako wielbicielka sztuki pisania listów zwróciłam uwagę na trzy listy do brata; każdy pięknie ilustrowany (ze szkicem fragmentu obrazu) i niemal bez skreśleń (zdjęcie nr 6). Myślę, że stanowią bogaty materiał dla grafologów. Ciekawostką jest możliwość obejrzenia pod mikroskopem fragmentów obrazów odkrytych podczas ich konserwacji czy prac badawczo-naukowych.
Oczywiście z wielką przyjemnością patrzyłam na sztandarowe obrazy, ale z nie mniejszą oglądałam te mniej znane; jak obrazy martwej (jakże nietrafnie przetłumaczono angielskie stil life) natury. Buty, owoce, warzywa, kraby, kwiaty przyciągają wzrok nie mniej, niż pejzaże czy portrety i autoportrety.
Nie umiałabym wybrać tego jednego, jedynego, natomiast chyba największe przyciąganie – obrazy do których wracałam najczęściej - powodowały obrazy Paryża i Arles (może to sentyment do miejsca) oraz te najbardziej depresyjne namalowane u schyłku dni; niepokojące i poruszające (zdjęcie nr 7).

Uzbrojona w obrazy piękna i szaleństwa pod powiekami, bogatsza o nowe doznania oraz posilona gorącą i przepyszną zupą grzybową (ze zdziwieniem stwierdzam, iż bardzo mi holenderskie jadło smakowało) ruszam na spacer nad rzeką Amstel. Ze zdziwieniem spostrzegam, iż nadbrzeżne łodzie są w sporej części zaludnione, a krzątający się tutaj ich mieszkańcy wykonują prace w nadbrzeżnych ogródkach. W pierwszej chwili zapominając o porze roku myślę sobie, że to najwyższa pora na wiosenne porządki. Dopiero po chwili, będąc z dala od obowiązków, codzienności i pośpiechu dostrzegam, to, czego nie widzę na co dzień; anomalie pogodowe.

Spacer bożonarodzeniowy przekształca się zatem w spacer wiosenny, wody kanałów odbijają promienie słońca, ptaki śpiewają, mieszkańcy łodzi odnawiają swe domostwa a mnie mijają co chwila rowerzyści i uprawiający jogging. Rowery to symbol tego miasta. Tak jak w Rzymie motory zdobią każdą ulicę, tak tutaj rowery są wszechobecne; mijają mnie co chwila, stają przyczepione do balustrad mostków i przydomowych barierek, leżą na ziemi. W świąteczny dzień Bożego Narodzenia widzę nawet kilka odświętnie przybranych gałązkami świerkowymi. Kawiarnie i restauracje pełne są gości, którzy spędzają czas na rozmowach i grach towarzyskich (widzę grających w karty, oraz układających puzzle). Uliczkami nieśpiesznie spacerują przechodnie, a Jarmark w ten Bożonarodzeniowy dzionek cieszy się nieco mniejszym zainteresowaniem.
Wieczorem miasto wygląda szczególnie pięknie dzięki odbywającemu się Festiwalowi Światła. Różnokolorowe instalacje w różnych punktach miasta przyciągają turystów i mieszkańców. Jest coś z dziecięcej radości w obserwowaniu migających tysiącem lampek wielkich kul, drzew, zarysów budowli, wpatrywaniu się w różnokolorowe refleksy świetlne na wodach rzeki, przypatrywaniu zmianie kolorów. Podobnie, jak w oglądaniu miniaturowego zaprzęgu reniferów poruszającego się po szynach dziecięcej kolejki z bajecznie, kolorowo, kiczowatymi postaciami Mikołajów, w otoczeniu bałwanków, sarenek, choinek. Przypomina to trochę ogrodowe krasnale, a jednak w tej scenerii (raz do roku) nie budzi niesmaku, a raczej wywołuje pogodny uśmiech. Rozświetlony iskrzącymi światełkami wieczór, scenografia Jarmarku, ślizgawek, kolejki z reniferami sprawia, iż człowiek zaczyna uśmiechać się do swoich myśli i przenosi w świat dzieciństwa, jak z baśni Andersena. I nawet brak śniegu nie jest w stanie zmienić tej scenerii, bo radość jest w nas, a nie poza nami.

Drugiego dnia świąt, w tzw. tutaj Boxing Day udaję się do Domu, zwanego Domem Anny Frank i z zaskoczeniem, ale i nadzieją na
przyszłość konstatuję, iż odwiedzających jest niemal tyle samo, jak nie więcej niż w galerii handlowej. To, że ludzie w taki szczególny dzień czują potrzebę odwiedzenia miejsca, które nie pozwala zapomnieć o ludzkim bestialstwie jest budujące. Duże wrażenie robi przejście ze świata żywych do świata skazanych na niebyt, czyli wejście za biblioteczkę do mieszkania, w którym ukrywała się rodzina Anny Frank, małe, pozbawione mebli wnętrza (ich obecność nie pozwoliłaby na poruszanie się w tej ciasnej przestrzeni) i zasłonięte czarnym materiałem okna sprawiały przerażająco, klaustrofobiczne wrażenie. Jedyne pozostawione akcesoria to zdobiące ściany gazetowe wycinki fotografii aktorów, koronowanych głów oraz reprodukcji dzieł sztuki (w tym Piety Michała Anioła!). Do tego parę książek, zeszytów, oraz gra planszowa. Filmy dokumentalne z lat okupacji, filmy i zdjęcia z obozów i filmy wspomnieniowe. No i oczywiście rękopis Dziennika Anny Frank, a w sklepie z pamiątkami niemal wszystkie jego wersje językowe, poza polską.

Południowy spacer kończę przy Placu Rembrandta, na którym pod pomnikiem malarza stoi brązowa replika jego Nocnej straży; kolejne ulubione miejsce turystów stanowiące pożądane tło fotografii. Nieco przemarznięta (z powodu dżdżystej aury) udaję się do pobliskiej kawiarni na lody z gorącą gruszką i czekoladą.

Potem jeszcze tylko wizyta w kościele i wracam do hotelu, aby zanurzyć się w świecie literatury.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Amstardam na święta- część I



Dlaczego właśnie Amsterdam? Nie mogę nawet powiedzieć, abym marzyła o tym miejscu od lat. Pojawił się, jako cel podróży znienacka; jakieś przypadkowo obejrzane zdjęcie, czyjaś wzmianka, lektura kolejnych książek o Van Goghu i zjawiła się myśl, a może by ..., a w sumie, dlaczego nie? Zwłaszcza, kiedy w ciągu jednego roku udało sie odwiedzić wszystkie te miejsca, które jawią się w snach, które przyzywają wciąż i wciąż, których nigdy dosyć. Kiedy myślę Amsterdam - luźne skojarzenia podpowiadają port, woda, mosty, kanały, Van Gogh, Vermeer, Brel. Kto wie, czy Brel to nie jest moje pierwsze skojarzenie związane z miastem, bo to ten utwór słyszany lata temu wywołuje nieokreślone tęsknoty związane z wolnością, podróżą, przestrzenią. Tęsknoty zupełnie nie kobiece, tęsknoty, których namiastką zaspokojenia u mężczyzn jest posiadanie motoru, żaglówki, czy choćby samochodu. Tak przynajmniej pisał Waldemar Łysiak w wysoko cenionej przeze mnie książce MW (dla którego najwłaściwszą nazwą wydaje mi się Muzeum Wyobraźni). Port to miejsce, z którego się wyrusza i miejsce, do którego się wraca. Mam szczególny sentyment do miast portowych, to takie okienko na świat (Brodski w Dyptyku petersburskim nazywa je „oknem duszy”). Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie mieszkania, w mieście, które nie leży nad morzem, mogę całymi miesiącami nie go nie widzieć, ale muszę wiedzieć, ze ono jest gdzieś blisko, na wyciągniecie ręki. Morze pozwala mi oddychać pełną piersią. Mam wrażenie, że w innym miejscu z braku powietrza mogłabym się udusić. Czy ma to związek ze znakiem zodiaku, czy są to osobnicze właściwości- nie mam pojęcia.
Ale to właśnie z tego powodu, bliskości morza, każde miasto portowe ma u mnie duży kredyt zaufania, jeszcze zanim je poznam. Takie miasto nie może ograniczać, daje powiew świeżości i swobody.
Kolejny powód to niezliczona ilość mostów i kanałów, jakież to daje pole wyobraźni. Pisałam niedawno o mostach, które łączą. W Amsterdamie odniosłam wrażenie, że mosty łączą jego mieszkańców, a nie dzielą.
Z powodu swej zabudowy i położenia Amsterdam przypomina z jednej strony Wenecję, z drugie strony moje rodzinne miasto, a dzięki temu budzi przyjemne skojarzenia. No i te muzea, gdzie można zatopić się w świecie niezliczonej ilości obrazów, a co za tym idzie życiorysów ich twórców i opowiedzianych historii.
A gdzieś tam w tle brzmi charyzmatyczny głos Brela, który wyśpiewuje o porcie, o którym marzą marynarze; bo port to przystań, a bardziej prozaicznie to wódka, kobiety i śpiew. To z kolei przypomina pewien niezapomniany wieczór piosenek Brela w warszawskim teatrze kilkanaście lat temu. Niezapomniany z kilku powodów. Po pierwsze - formy przedstawienia, w którym widownia mieściła sie na scenie, przy kawiarnianych stoliczkach, z kieliszkiem wina, a aktorzy występowali na widowni. Po drugie - uroczystego charakteru, bo choć repertuar Brela to piosenki tawern i podejrzanych spelunek, to widownia usadzona na scenie poczuwała sie do godnego zaprezentowania, wiec toalety pan były nieadekwatnie do wyśpiewywanych treści wytworne, zwłaszcza siedząca przy naszym stoliku pani (jak się okazało z telewizji) w długiej taftowej sukni nadawała szyku tej mającej uchodzić za portową knajpę widowni. Po trzecie - piosenek znakomicie interpretowanych przez aktorów stołecznego teatru.

A co ma z tym wspólnego Amsterdam? Nie wiem, czy wtedy wysłuchałam tego utworu, ale wiem, ze już na zawsze tamten wieczór, Brel i Amsterdam to dla mnie jedno.
Amsterdam przypomina mi Gdańsk i to nie tylko z powodu położenia nad wodą, ale z powodu podobnej hanzeatyckiej zabudowy, co pozwalało poczuć się, jak u siebie (wyjeżdżać tak daleko, po to, aby poczuć się jak w domu? paradoks?, czy kobieca logika wykazująca całkowity brak logiki?).
Urokliwe, kolorowe i różnorodne kamieniczki odbijające się w wodach niezliczonych kanałów nadają swoisty klimat temu miastu. Może dlatego, a może też z innej przyczyny, ale odniosłam wrażenie, że ludzie tu mieszkający są radośni i pogodni. To jedyne miejsce, w którym słyszałam tylu śpiewających ludzi (nie zarobkujących w ten sposób, a śpiewających z jakiejś wewnętrznej potrzeby). Zapewne spory udział w wysokim poziomie zadowolenia mieszkającej tu ludności ma atmosfera tolerancji i swobody. 

To miasto łączy w sobie zalety metropolii z urokami kameralności. Nie wiem, czy potrafię to dokładnie wytłumaczyć, jest to bowiem połączenie zalet rozwoju cywilizacji (świetnie rozwinięta sieć komunikacji, dostęp do nowinek informatycznych, festiwal światła, dzięki któremu nawet krótkie szare zimowe dni stają się pogodne i nastrajają optymizmem) z zachowaniem tradycji (pozbawione nowoczesnej zabudowy historyczne centrum, czy choćby świąteczny jarmark). Nie wiem, czy miałam szczęście, czy Amsterdam nie jest tak turystycznie oblegany, jak inne europejskie metropolie, ale mimo sporej liczby turystów, poza ulicą Damrak, na której odbywał się świąteczny jarmark nie było tłoku.
Amsterdam, podobnie, jak Londyn zdobył moje serce z powodu łatwości w poruszaniu się, powszechna znajomość języka angielskiego pozwalała nawet tak słabo posługującej się tym językiem, jak ja, osobie na bezproblemowe przemieszczanie.
Mój pobyt w mieście był pobytem świątecznym, nie nastawionym na intensywne zwiedzanie, a raczej na odpoczynek, refleksję i relaks. Snułam się więc uliczkami, podziwiałam ciekawe kamieniczki, obserwowałam ludzi, kosztowałam jadła i napitków, jednym słowem starałam się poznać klimat miasta i jego mieszkańców.
 
A przy tym nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła dwóch muzeów, których zbiory niemal już śniły mi się po nocach; Rijksmuseum oraz Muzeum Van Gogha. Pierwsze z powodu Vermeera, drugie – nie trzeba chyba pisać dlaczego.
Nie chciałabym pisać dzisiaj o konkretnych miejscach, budowlach, dziełach, a jedynie spróbować przekazać kilka obrazków, które dziś składają się na moje widzenie miasta.
Obrazek pierwszy nie tylko mnie skojarzył się z obrazami Bruegla (vide poprzedni wpis). Zimowy pejzaż z łyżwami - tak można nazwać widok, jaki znajduje się przed wejściem do majestatycznego neogotyckiego gmachu z czerwonej cegły mieszczącego w 260 salach dzieła malarzy, drukarzy, stolarzy i innych rzemieślników (piękne meble, porcelana, zbroje, biżuteria to tylko niektóre eksponaty Rijksmuseum). Znakiem rozpoznawczym tego miejsca są ponad metrowej wysokości kolorowe litery I am sterdam (identyfikacja mieszkańców z ich miastem), przy których tak chętnie fotografują się turyści.
Położona nieopodal ślizgawka mieni się różnokolorowymi ubraniami łyżwiarzy i pomarańczowym odblaskiem ubranek ochronnych dzieci. W tle rozbrzmiewają dźwięki muzyki, w pobliskiej jadłodajni popijają rozgrzewające napoje i posilają się ciepłym jadłem obserwatorzy, para podgrzewanych potraw miesza się z parą rozgrzanych łyżwiarzy, świąteczne dekoracje nadają specjalny klimat, a wszystkiemu towarzyszy wesoły gwar i rozradowane buzie zarówno uczestników, jak i stojących z boku, którzy prędzej czy później do zabawy dołączą. Ci, którzy na podjęcie decyzji o powrocie w świat dzieciństwa potrzebują trochę więcej czasu udają się albo do jednego z kilku znajdujących się w pobliżu muzeów, albo na gorącą czekoladę do pobliskiej kawiarenki, albo do sklepu z muzealnymi pamiątkami (ach te Van Goghi, te Vermeery, te Avercampy w dziesiątkach postaci; reprodukcje, kalendarze, filiżaneczki, zakładki do książek, notesiki, podkładki, długopisy, chusteczki, parasolki… długo by wymieniać. Czy ktoś jest w stanie oprzeć się zakupu choćby kilku karteczek? To chyba pytanie retoryczne). Pokrzepiam się wizytą w Rijksmuseum, po której przyznaję rację Herbertowi, iż polsko brzmiące tłumaczenie nazwy holenderskiego malarstwa „martwa natura” jest nieadekwatne do treści tych obrazów. Można powiedzieć o nich wszystko, tylko nie to, że są martwe, one żyją; świeżość owoców, pieczywa, mięsiwa i ryb, łupinki orzechów i ciągnące się serpentyny obierek cytryn, przewrócone pucharki na wino zdają się zaświadczać, że uczestnicy uczty dopiero co wstali od stołu, a my z chęcią skosztowalibyśmy tych serów i winnych gron, których dojrzałość i świeżość nie budzą żadnych wątpliwości. A zatem pokrzepiona wizytą w galerii i gorącą czekoladą w pobliskiej kawiarence (ogrzewanej płonącymi polanami) zaczynam swój wigilijny poranek. 
A ponieważ wpis mi się rozrasta do niebotycznych rozmiarów, muszę podzielić go na części.